Strach...


Gdyby ktoś mógł włamać się do mojej głowy i prześledzić wszystkie moje myśli z pewnością pobiegłby po biały kaftanik i zaprowadził do białego pokoju bez klamek.

Dlaczego?

Bo wciąż się boję. W moich myślach dominuje strach.

Od kiedy pamiętam, zawsze się bałam czegoś, kogoś, O kogoś.

Zaczęło się chyba od strachu przed ogniem. Z babcinych opowieści wynika, że strach przed płomieniami zakorzenił się we mnie kiedy jako malutka dziewczynka zobaczyłam swój płonący wózek. Potem przez kilka dobrych lat widywałam u babci na pralce nadpalony kocyk z tego wózka, co na pewno mi nie pomagało.
Nie pamiętam tego zdarzenia, jak wielu innych rzeczy z dzieciństwa, ale strach ten nadal we mnie siedzi.
Kiedy byłam dzieckiem co wieczór zanim położyłam się spać musiałam wyglądnąć przez okno, czy nic się nie pali. Jeśli wstawałam w nocy do toalety przechodząc koło okna znów w nie zaglądałam. I to samo, kiedy wracałam.

Nadal się boję ognia. Do tej pory, kiedy czuję swąd spalenizny i nie mogę zlokalizować jego źródła odczuwam silny niepokój. I może już nie za każdym razem jak idę spać, ale od czasu do czasu zdarza mi się spojrzeć przez okno, czy nic się nie dzieje pod blokiem i czy nie widać nic niepokojącego w oknach mamy lub przyjaciółki.

Bałam się ludzi. W sumie boję się do tej pory, choć trochę mniej. Ktoś powie, że jestem wstydliwa, nieśmiała. Myślę, że nie. To chyba doszło już do takiego stopnia, że lepiej to nazwać strachem. Albo niepokojem. Tak, to chyba najlepsze określenie. Niepokój.
Staram się jednak z tym walczyć. I myślę, że robię postępy.

Najgorszy ze wszystkich jest jednak strach o rodzinę.

Codziennie boję się, że coś się stanie babci, która jest przecież sama. Że nikogo wtedy przy niej nie będzie, że nikt jej nie pomoże.

Boję się o mamę. Nie wyobrażam sobie świata bez mojej mamy. Boję się o rodzeństwo, że któregoś z nich zabraknie. Że ktoś zrobi im krzywdę, że kiedy siostra będzie wracać do domu coś się niedobrego stanie z samolotem.
I że ja nie będę miała na to wpływu.

Codziennie myślę o mężu. Nawet gdy jesteśmy po ostrej kłótni, to kiedy nie odzywa się przez cały dzień martwię się, że coś mu się stało. Strach ten jest potęgowany jeszcze przez jego chorobę (serducho). Co jeśli zastawki jednak nie wytrzymają? A jeśli powstanie zakrzep który dostanie się  do serca? Albo serce nie wytrzyma... A mnie nie będzie przy nim. Nie pomogę, nie przytrzymam za rękę...
Boję się, że któregoś dnia będę musiała się pogodzić z myślą, że go nie ma...

Najbardziej jednak boję się o Lidię. Od samego początku. Czy będzie rozwijać się prawidłowo, czy będzie zdrowa, czy podczas porodu nie będzie żadnych komplikacji.
Teraz boję się, że ktoś jej może zrobić krzywdę.
Boję się każdej gorączki, która może się przerodzić w poważną chorobę.
Boję się, że kiedy coś się stanie stracę głowę, nie będę potrafiła jej pomóc.

I boję się, że mnie może zabraknąć.
Że nie będę widzieć jak dorasta, że już nigdy jej nie przytulę, nie pocałuję. Nie poczuję dotyku jej gładkiej skóry i nie usłyszę "mama".

Boję się cały czas.
Czy to normalne?
Czy to już paranoja?





zdjęcia robione kompaktem na zoomie (bo za ciężkie ma matka cztery litery) - i tak zadziwia mnie ich jakość


ETYKIETY: , ,

Zobacz też:

8 komentarze

  1. Kurde z tym wózkiem w pilomienisch to az gęsiej skorki dostałam . Tez czasem tak mam , ze czegoś sie boje . Nie wiem dlatego bo nigdy jakos nie miałam żadnych takich sytuacji , albo po prostu tego nie pamietam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też się boję wielu rzeczy. Wojny i końca świata chyba najbardziej

    OdpowiedzUsuń
  3. Współczuję z tym wózkiem :( Ja też boję się o Polę, każdego dnia i siebie, o M, boję się, że Polka nie będzie miała rodziców. Boję się jeździć autem. Mam prawko, ale nie jeżdżę, z kimś też się boję. Ufam tylko mężowi i z nim jedynie jadę w miarę bez stresu, ale i tak co chwilę słyszy: uważaj, wolniej, światła, auto...
    Boję się też wojny i tego, że po śmierci nie ma nic....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym, co po śmierci staram się nie myśleć, bo boję się tego jak cholera.
      A co do jazdy autem, to ja nie mam prawa jazdy, bo się boję. I też ufam tyko mężowi, ale znów boję się, bo przecież idiotów na drogach nie brakuje :/ A to już nie jest takie hop siup, zwłaszcza jak jedziemy z dzieckiem.

      Usuń
  4. Większość taki stanów lękowych jest naturalna, część z nich narasta w okresie dojrzewania, lub po urodzeniu dziecka (całą gospodarka hormonalna przewraca się do góry nogami), jest na to lekarstwo, porozmawiaj ze swoim ginekologiem, bo leki egzystencjalne można złagodzić, a wywołuje je PMS-poważnie, to potrafi usrać życie nie jednej kobiecie

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie Kochana, żadna paranoja. Nasze życie składa się w dużej mierze ze strachu.
    Ja najbardziej boję się o Córkę - żeby zawsze była zdrowa, żeby nikt w życiu Jej nie skrzywdził... i chociaż wiem, że niczego nie da się zaplanować, a co ma być to będzie - myślenie o tym jest silniejsze. Ostatnio ogarnia mnie też strach o siebie - co jeśli coś mi się przydarzy - jakaś choroba, wypadek albo coś gorszego - wszystko w kontekście mojej Córki. Szkoda marnować życie na strach, ale jednak towarzyszy i będzie nam towarzyszyć do końca.

    OdpowiedzUsuń
  6. A myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, że to ja się wszystkiego boję... ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem u Ciebie po raz pierwszy i ten post wyjątkowo do mnie trafił. Mam tak samo- wszystkiego się boję. Od czasu do czasu wojny, czasem końca świata. Ale codziennie, co chwilę boję się o synka. Tak bym chciała, żeby zawsze był zdrowy, szczęśliwy. Boję się o męża. Boję o całą rodzinę, ale najbardziej właśnie- o synka i męża, bo to najważniejsze dla mnie osoby. Mój mąż mówi, że to paranoja ;) I że nie powinnam myśleć negatywnie. No ale to jest silniejsze, te myśli same przychodzą. Odkąd mamy synka, boję się również o siebie- że coś mi się stanie, a on zostanie sam. Co do prawa jazdy, to mam i jeżdżę- jednak najchętniej sama, bez synka. Chyba nigdy nie nadejdzie taki dzień, że obudzę się bez tych moich zmartwień.

    OdpowiedzUsuń

Zajrzyj do Life and Chill