Mam w domu pasożyta


http://p.benc.pl/press/full/13/11/1/1008.jpg


Przeglądając dzisiaj blogi, podczas gdy mąż drzemał a dziecko wertowało "Rozmówki polsko-niemieckie" trafiłam na pewien tekst u Matka jest tylko jedna.
Znalazłam w nim piękny cytat jednej z użytkowniczek pewnego forum:


"Płód tylko pasożytuje na ciele kobiety do pewnego czasu i wystarczy wyrzucić go z macicy i stanie się tylko kawałkiem skóry."


Początkowo osłupiałam, ale z każdą mijającą sekundą osłupienie ustępowała miejsca uśmiechowi, aż w końcu wybuchłam śmiechem. Tak. Rozśmieszył mnie ten tekst. Społeczeństwo nasze jest niereformowalne. Jest dziwne. Ma swoje 'odpały'. Absurd goni absurd. I coraz mniej mnie to szokuje.

Odwróciłam głowę od monitora. Popatrzyłam na moje dziecko zaczytane w rozdziale pt. "W restauracji", a ona popatrzyła na mnie. Uśmiechnęłam się do niej mówiąc "Cześć Kochanie. A Ty jesteś moim pasożytem?". Mówiąc kolokwialnie - zlała ze mnie.


Popatrz teraz na swojego "pasożyta".
Przez dziewięć miesięcy uczepiony Twojej macicy płód wyciągał z Ciebie życiodajne soki, potrzebne Tobie wartości odżywcze. Walczył o przetrwanie kosztem Twojego ciała i zdrowia.
Zdeformował Twoje ciało. Chodziłaś z wielkim brzucholem, rozstępami na tyłku i stopami dwa razy większymi niż przed ciążą. Uciskał Ci pęcherz, przeponę.
Bezdech.
Anemia.
Cukrzyca.
Szalejące hormony.
A to wszystko skutek uboczny mieszkającego w Tobie "pasożyta".

A potem go urodziłaś. Zobaczyłaś i pokochałaś.
I przyniosłaś do domu.
Dostał swoje miejsce. Swój pokój.
Własne łóżeczko, wanienkę, kosmetyki, zabawki, ubranka.
I dalej jest do Ciebie przywiązany. Doi cyca (albo nie - nie wnikam). Już myślałaś, że w końcu będzie super słitaśnie, a tu niespodzianka! Karmisz - jesz - karmisz - kupa - karmisz - cholera nic nie zjadłaś - jesz - kupa - karmisz - wylewająca się kupa i ulewanie - karmisz.
A na koniec dnia kolka i wyrzynające się zęby.
Nie śpisz. Bo te dwie godziny kiedy padłaś z dzieckiem na rękach ciężko nazwać snem.
Zabiera Ci wszystkie siły.
Demoluje Twoje otoczenie - świeżo pomalowane ściany pomaże kredkami, długopisami, albo nie daj Boże czymś gorszym. A jedyną bluzkę, która jako tako nadaje się na jedno wyjście w roku ozdobi wielką plamą.
Najpierw nosiłaś go w brzuchu a teraz uczepia Ci się rąk i nóg.

I tak do osiemnastki - minimum. No, bez kupek i ulewania. Ewentualnie trzymać będziesz za włosy po ostrej libacji.
Będziesz znajdować swoje ubrania w koszu na pranie, chociaż przecież ich nie zakładałaś, kosmetyki będą ubywać dwa razy szybciej niż zazwyczaj.
Chyba że wcześniej się zbuntuje i odejdzie.
Chociaż pewnie i wtedy będzie pasożytować na obiadkach u mamusi albo prosić o kasę, bo znowu nie starczyło do 10-go.

Szlag by to trafił, zalatuje definicją pasożytnictwa.

A więc mam w domu "pasożyta".
Małego kochanego "pasożyta".
I będę miała jeszcze jednego.
I gdybym mogła to i na trzeciego może bym się zdecydowała.

I wiecie co? I jest mi z tym "pasożytem" dobrze. Bo wbrew definicji dodaje mi sił do życia.


P.S. Tekst pisany z przymrużeniem oka.


ETYKIETY: ,

Zobacz też:

3 komentarze

  1. To ja mam trzy "pasożyty" i każdego z nich kocham nad życie :) fajny tekst! www.kuferekobfitosci.blogspot.com http://facebook.com/kuferekobfitosci

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha świetny tekst !!!! Uśmiałam się :-) takie to prawdziwe ...... ;-)

    OdpowiedzUsuń

Zajrzyj do Life and Chill