Co się zmieniło od kiedy zostałam Mamą?


Przeglądając Facebook-a natrafiłam na tablicę Szafeczki, na której zamieściła grafikę "Od kiedy zostałam mamą...".


Na chwilę się przy niej zatrzymałam, szybki rachunek sumienia - i pasuje do mnie jedna z odpowiedzi. Popchnięta tym postanowiłam odpowiedzieć sobie na pytanie "co zmieniło się w moim życiu od kiedy zostałam Mamą?", a odpowiedzią dzielę się z Wami.

Czy piję zimną kawę? Nie.
Nie znoszę zimnej kawy, nie wiem nawet czy lubię ciepłą. Kawa musi być gorąca, więc nie piję jej rano, ale około południa. Tak samo jest ze śniadaniem. Jem je późno, w spokoju, kiedy Lidka drzemie. Kiedy mogę usiąść i poświecić chwilę tylko sobie.

Noszę małe torebki.
Te duże też. To wszystko zależy od sytuacji. Jako świeżo upieczona mama nie ruszałam się nigdzie bez dziesięciu pampersów w torebce. Czysta głupota, bo czy w środku zimy na spacerze wokół osiedla będę przebierać dziecko? Na ławce? Dziesięć razy? Puknęłam się w głowę i teraz jestem mądrzejsza. Na wyprawę do Biedronki nie wezmę przecież wielkiej torby z całym arsenałem pieluch, chusteczek i butelek. Tak samo, kiedy wychodzimy na spacer po osiedlu. Jeśli zdarzy się wypadek w pampersie, albo dziecku się zachce pić, to przecież zawsze znajdzie się sklep, w którym możemy picie kupić, a do domu jest na tyle blisko, że można wrócić i się przebrać. Jeśli zaś idziemy gdzieś dalej - zawsze biorę ze sobą wózek. Lidia potrafi być bardzo nieznośna na spacerze, więc nie wyobrażam sobie inaczej. A wtedy po co mi jeszcze dodatkowo duża torba? Czy nie wystarczy potrzebne rzeczy włożyć pod wózek? Tak więc dużą torebkę biorę ze sobą przeważnie na jakiś wyjazd, lub idąc w odwiedziny.

Kupuję dziecku i sobie.
Prawda jest taka, że dojście do tego punktu zajęło mi prawie dwa lata. Będąc w ciąży byłam zmuszona do kupienia sobie nowych ubrań, jako że w stare się po prostu nie mieściłam, a z domu wychodzić trzeba było. Gdyby nie to, przypuszczam, że Lidia przed urodzeniem miałaby już 50 pajacyków i 100 par body. Schody zaczęły się po porodzie. Zmieściłam się w jedne spodnie sprzed ciąży (zawsze były przyduże) i jedne leginsy. I wyobraźcie sobie, że non stop chodziłam w tych spodniach. Nie przejmowałam się sobą, swoim wyglądem, tym co ubieram. Bo która matka oprze się urokowi dziecięcych ubranek? Poza tym, miałam takie [strasznie głupie] wrażenie, że jeśli kupię sobie, a odmówię dziecku, będę gorszą matką. Dramat. Wierzcie lub nie, ale dopiero w tym roku zaczęłam to przezwyciężać. Ale tylko dzięki pomocy Agi. Trzeba się było ubrać na wieczór panieński i na wesele. A że dziecko moje dostało sukienkę od babci nie miałam większej wymówki. Pojechałyśmy na zakupy razem. Tym razem nie kupiłam Lidii nic. Aga skutecznie odciągała mnie od działów dziecięcych. Swoją drogą obie wiedziałyśmy, że niedługo szykuję zamówienie w Zarze dla Lidki, więc nie mogłam tutaj przegiąć. Na następnych zakupach zaczęłam odczuwać jeszcze większą radość z kupowania czegoś dla siebie. Wróciło to podniecenie zakupami (nie tylko dla dziecka). Tym razem kupiłam Lidii dwie rzeczy, a sobie sześć. Zaczęłam dostrzegać brak sensu w kupowaniu dziecku piątej pary spodni, podczas gdy ja mam tylko jedną.

Brak pracy.
Plus to, czy minus? Na pewno wiąże się to z gorszą sytuacją finansową i brakiem lat pracy. Nie pracuję [poza domem] już ponad dwa lata. Pracodawca kopnął mnie po prostu w tyłek, kiedy dowiedział się, że jestem w ciąży i nie przedłużył mi umowy [zlecenie]. Jednak nawet gdybym mogła - nie wrócę tam. Takiego poniżania ludzi to ja w życiu nie widziałam. A ja nie dam sobą pomiatać. Pracuję więc w domu. Stanowisko: House Manager :D Tym, którzy uważają, że to nie jest praca dziękuję za uwagę. Jetem więc przedszkolanką, kucharką, sprzątaczką, praczką, psychologiem, logopedą, pielęgniarką i fryzjerem w jednym. No, może i więcej by się znalazło ról. Praca w domu, to też praca. Tylko nikt Ci za to nie płaci (a przynajmniej nie pieniędzmi). Jednak to też jest męczące. Zwłaszcza, kiedy jest się samą. Od dwóch lat wyszłam sama z koleżanką chyba 4 razy. I to wszystko w lipcu, kiedy mąż przyjechał na dwa tygodnie. Czasami aż żal siedzieć sama w czterech ścianach w mieście, w którym nic się nie dzieje. Póki co, moim małym oknem jest ten blog.

Cierpliwość.
Rozwijam, rozpycham i rozciągam każdego dnia. Lidia testuje moje granice codziennie. A ja do cierpliwych nigdy nie należałam. I może nie doszłam jeszcze do etapu całkowitego zen, ale potrafię już wkurzać się w głowie, w sobie i nie pokazywać tego na zewnątrz (nooo, do czasu...)

Gotuję.
No bo wcześniej trzymałam się z daleka od kuchenki. Jajecznica była moim popisowym daniem. Nie lubiłam, nie chciałam i nie musiałam. Mam męża, który lubi gotować, któremu sprawia to przyjemność, więc wyręczał mnie w tym. Oczywiście od czasu do czasu udało mi się coś przygotować, ale do tego musiałam mieć dobry dzień. Moje podejście do gotowania zmieniło się wraz z rozszerzaniem diety Lidii. Ja wiedziałam lepiej, ja robiłam lepiej. Mąż robił obiady dla nas, a ja dla Lidii. Z czasem przejęłam też i jego obowiązki.

Wrażliwość level hard.
Podobno w ciąży odczuwanie emocji jest zwiększone miliard razy. Wam też się zdarzyło pewnie płakać w dziwnych sytuacjach. No, mi to zostało. Może nie aż tak bardzo jak w ciąży, ale zdecydowanie bardziej niż przed (a uwierzcie byłam niezłą płaczką). Kojarzycie film "Happy Feet"? Wiecie, że można płakać oglądając tańczące pingwiny? No więc można! A co wzruszającego jest w wyrzuceniu przez dziecko pampersa do śmietnika? Aj dont noł, ale ryczę.

Stałam się Superwoman.
Wiem, że mogę wszystko. A jeśli chodzi o moje dziecko jestem gotowa góry przenosić. Nawet po nie przespanej nocy. A jeśli ktoś moje dziecko skrzywdzi - nie daruję.

Nowe pasje.
Gdyby nie macierzyństwo, nie założyłabym bloga i nie okryłabym zamiłowania do fotografii. Póki co to zamiłowanie jest nawet mniej niż amatorskie. Brak sprzętu i jakiegokolwiek szkolenia kole w oczy. Ale obiecuję, że się poprawię. Moim aktualnym marzeniem jest zakup lustrzanki (nie, nie musi być mega wypasiona) i rozwijanie się. Przypuszczam, że zrealizowanie tych marzeń jeszcze potrwa, ale wiem, że spełnię swoje marzenie.


Myślę, że mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać. Jestem mamą dopiero dwa lata (prawie), a przede mną [mam nadzieję] kilkadziesiąt. Przypuszczam, że jeszcze wiele zmian nastąpi w moim życiu. Wiele z nich spowodowanych macierzyństwem. I czekam na nie z niecierpliwością.


ETYKIETY: , ,

Zobacz też:

2 komentarze

  1. U mnie zmieniło się wszystko :) Na plus. Nie będę pisać o oczywistych plusach bycia mamą, ale o plusach dla mojego bycia kobietą, bycia osobą. Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, poznałam miejsca w Warszawie, które dotychczas mijałam lub nawet o nich nie wiedziałam (np. Teatr Małego Widza), zobaczyłam jak piękna może być tęcza a jak straszna burza. Odkryłam jak wiele dotychczas mnie omijało, nie zauważałam malutkich rzeczy nie cieszyłam się z drobiazgów. Dziecko nauczyło mnie optymizmu, ciekawości świata, doceniania małych rzeczy. Pozdrawiam - Magdalena, mama Darii

    OdpowiedzUsuń
  2. "Nie pracuję [poza domem] już ponad dwa lata." BRAWO!!! Ja też pracuję, w domu... z wyboru. Ale czasem, hmm zazwyczaj, jestem bardziej zmęczona niż jak wracałam po 8-godzinach! P.S. właśnie przygotowując obiad stoję i myślę, że co się zmieniło odkąd jestem matką, dobry pomysł na wpis... później wchodzę i paczę a tu taki wpis u Ciebie :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Zajrzyj do Life and Chill