Trudne początki macierzyńskiej miłości


Obserwuję początki macierzyństwa mojej przyjaciółki. Obserwowałam, troszkę z daleka, ale jednak jej ciążę. Chciałam być na bieżąco, chciałam wszystko wiedzieć, przeżywać ten wyczekiwany czas razem z nią. Podczas jej porodu nie mogłam usiedzieć w miejscu, żałując, że jestem tak daleko. Kiedy nie wiedziałam co się dzieje nosiło mnie, a kiedy dostawałam jakąś informację uspokajałam się jedynie na chwilę. Jej ciąża i jej macierzyństwo chcąc nie chcąc zmusiły mnie do przeanalizowania swoich doświadczeń. Wiecie, słyszę od niej i czytam o tej wielkiej miłości, zachwycie, o głaskaniu brzucha, mówieniu do niego. O wielkiej miłości od zobaczenia tych upragnionych dwóch kresek. I może nasze sytuacje trochę się różnią (no dobra, trochę bardzo), ale myślę, że u mnie to wyglądało zupełnie inaczej.

Kiedy kobieta zachodzi w ciążę oczywiste jest dla wszystkich, że kocha tą fasolkę miłością przeogromną od samego początku. Że już wtedy zaczyna czuć tą magiczną więź. Głaska brzuch, którego nawet jeszcze nie widać, puszcza brzuchowi muzykę, rozmawia z nim. Zachwyca się każdą chwilą ciąży, przeżywa machnięcie rączką, nóżką, każde USG, KTG i inne sprawy. Po porodzie natomiast wpada w nieopisany zachwyt. Widząc swoje nowo narodzone dziecko przepełnia ją ta wielka miłość, która ponoć rozrywa jej serce. Nie ma nic innego na świecie oprócz tego małego człowieka. nic innego się nie liczy. Są tylko oni i ich miłość.

A co jeśli jest inaczej?
Moja ciąża była planowana, jeśli można to tak określić, bo zaplanowaliśmy ją bardzo szybko. I szybko w tą ciążę zaszłam. Chyba nawet za szybko, bo zanim na dobre oswoiłam się ze swoją decyzją już zaatakowały mnie dwie czerwone kreski na teście. D. był w siódmym niebie, jego radość była ogromna. A ja? Poczułam radość, tak, ale nie była to euforia, której się spodziewałam. W dodatku radość ta była pomieszana z przerażeniem. Nie tego się spodziewałam. Moje uczucia ogromnie zaskoczyły mnie samą, bo wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej. Myślałam, że skoro chciałam tej ciąży, to powinnam się bardziej cieszyć. Nie zrozumcie mnie też źle, nie było tak, że nagle uznałam, że nie chcę tego dziecka, nie. Byłam w ciąży - ok. Po prostu nie było tej reakcji "Wow! Jestem teraz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!"

Postanowiłam dać sobie czas. To pierwsza ciąża, ja wciąż byłam młoda, niedoświadczona, pomyślałam, że to po prostu przyjdzie później. Na każde badanie szłam z nadzieją, że to się stanie dzisiaj. Że dzisiaj, kiedy zobaczę swoje dziecko na USG uderzy mnie to, ta wielka, mityczna miłość i poczucie więzi. Nie uderzyła. Ani na USG, ani na KTG, ani kiedy zaczęłam czuć ruchy małej. Nawet wtedy, kiedy okazało się, że to będzie dziewczynka. Nawet nie wiem jak to dobrze określić. Nie byłam kompletnie zimna, ale nie było też tego wielkiego uczucia. Nie było też tak, że nie było go wcale, bo jakąś czułość odczuwałam. Ale wydawało mi się, że to wciąż za mało. Obserwowałam swoją ciążę z zafascynowaniem. Czytałam książki, dowiadywałam się co na danym etapie dzieje się z dzieckiem, ile powinno ważyć, co powinno się rozwijać w danym miesiącu. Byłam tym zainteresowana, fascynowało mnie to. Ale wciąż myślałam, że powinnam reagować inaczej. Że powinnam rozmawiać ze swoim dzieckiem, głaskać czule rosnący brzuch. Tylko że ja nie czułam takiej potrzeby, a nawet czułam się głupio, kiedy próbowałam. 
Psychicznie przechodziłam ciążę dość źle. Kiedyś powiedziałam nawet swojej przyjaciółce, że kobiety nie wiedzą, co robią, kiedy mówią, że chcą być w ciąży, bo wcale tak nie jest. Chcą mieć dziecko, nie ciążę. To chyba dość dobitnie przedstawia mój stan w tamtym czasie.

Po porodzie wszystko się zmieni.
Tak sobie myślałam. Bo skoro nie w ciąży, to kiedy? To było dla mnie oczywiste. Jednak mój poród skończył się szybkim cesarskim cięciem, po którym od razu zabrano mi małą. Bardzo czekałam na ten nasz czas tylko we dwie, zaraz po porodzie. Wydawało mi się, że zmieniłby dużo i dużo by nam obu dał. Czułam, że mi to odebrano. Dodatkowo przez jakiś miesiąc po porodzie jeszcze żyłam w przekonaniu, że to cięcie to była tylko moja wina, że ja coś zrobiłam źle. 
Przywieziono mi córkę około 5 godzin po porodzie. To był nasz pierwszy kontakt, położna zobaczyła jak przystawiam małą do piersi i zostawiła nas same. A ja wciąż czekałam na tą falę. Zamiast niej poczułam zaciekawienie, zainteresowanie i... strach. Oglądałam ją z każdej strony. "Ach, to tak teraz wyglądasz", "takie masz małe rączki", "nos masz zdecydowanie po tacie", "to Ty byłaś w moim brzuchu?" I to jedno pytanie: "Co teraz?" Patrzyłyśmy tak na siebie, ja na nią, ona na mnie. Była śliczna, nie ulegało to wątpliwości. Ale nagle zostałyśmy same, spadła na mnie ta cała odpowiedzialność, a ja umiałam tylko na nią patrzeć.

Musiałyśmy się poznać.
Nie spadło na mnie to wielkie uczucie. Nie zalał mnie nagle ogrom miłości, nie rozerwała mnie. Tliła się, zanim przeszła w płomień. Wypracowałam ją z dnia na dzień, kiedy poznawałam ją, a ona mnie. Nie oznacza to również, że jej nie kochałam. Nie była to jednak miłość, o której się słyszy. Nie był to grom z nieba. Ona rosła i rosła powoli, z dnia na dzień. Z każdym kolejnym karmieniem, z każdą zmienioną pieluchą, z każdą kąpielą. Poznawałyśmy siebie, ona mnie, ja ją, uczyłyśmy się codziennie razem żyć. I z dnia na dzień wychodziło nam to coraz lepiej, z dnia na dzień moja miłość rosła, aż w końcu urosła do granic możliwości.

Miałam wyrzuty sumienia.
Nie mówiłam o nich, pisałam w pamiętniku, który chowałam głęboko, bo wstydziłam się przyznać do swoich uczuć, albo ich braku. Sama nie wiedziałam, jak mam to wytłumaczyć, więc nie chciałam się tym dzielić. Dzisiaj wiem, że nie było w tym nic złego, a moje zmartwienia powiększały tylko szalejące hormony. Czasami uczucia trzeba wypracować, zwłaszcza te nowe, których wcześniej nie znaliśmy. Nie zawsze pojawiają się tego dnia, w tej sytuacji, nie zawsze spadają jak grom z nieba. Jedne z nas czują to od samego początku, inne zaraz po porodzie, a inne z nas potrzebują czasu i kontaktu. I myślę, że nie ma w tym nic złego. Z dzieckiem też trzeba się nauczyć żyć.

Dziś kocham Ją ponad wszystko i oddałabym za nią wszystko. Dziś moja miłość jest bezwarunkowa i niezmierzona, a jej wielkość potrafi przerazić. Ale musiałam do tego dojść stopniowo, musiałam ją poznać i pozwolić jej się rozpalić. 

ETYKIETY: , , , , ,

Zobacz też:

0 komentarze

Zajrzyj do Life and Chill