Gile, kaszle, leki i inhalacje - czyli codzienność nowego przedszkolaka



Zawsze cieszyła mnie odporność Lidii. W ciągu całego swojego życia chorowała może trzy razy i nigdy nie musieliśmy podawać jej antybiotyków. Wiedziałam jednak, że to może się zmienić, kiedy tylko pójdzie do przedszkola. I miałam rację. Po dwóch tygodniach Lidia przyniosła z przedszkola katar i kaszel, które właściwie szybko przeszły, ale zamieniły się w gorączkę (na szczęście tylko dwudniową) i infekcję w gardle. Ponad tydzień w domu. Poszłyśmy po tym tygodniu w podskokach do przedszkola... na 3 dni. Po trzech dniach znów katar i okropny duszący kaszel. I znów dom, bo przecież nie puszczę małej do przedszkola, żeby zarażała inne dzieci i nabawiła się czegoś gorszego przez już obniżoną odporność.

Czym się wspomagamy?
Oprócz lekarstw zaleconych przez Panią doktor, czyli syropku na kaszel i odporność oraz kropli do nosa stosujemy trochę domowych sposobów. W ruch idą więc: syrop z cebuli, czosnku i cytryny, czosnek przemycany w kanapkach, wywar z imbiru i cytryny przemycany w gorącej herbacie. Lidia uwielbia swoje syropy, nawet ten cebulowy, więc na szczęście nie mamy problemu z podawaniem ich, wręcz sama się o nie upomina!

Ale trzeba coś robić z tym duszącym kaszlem, który nie pozwala spać i gilem do pasa, którego Lidia choć bardzo się stara nie potrafi do końca wysmarkać.

Smarki odciągamy Katarkiem. 
Nie wiem, czy go znacie, ale mogę z ręką na sercu polecić. Jest to aspirator kataru podłączany do odkurzacza i mimo że brzmi to strasznie wcale takie nie jest. Pisałam Wam o nim już tutaj. Z początku nie mieliśmy z nim większych problemów. Zaczęły się one jednak ostatnio, bo mała odmówiła podłączania urządzenia do odkurzacza i musiałam odciągać smarki ustami (okropne i męczące!). Na szczęście, wspólnymi "siłami" udało nam się razem z mężem w końcu ją namówić i kiedy znów przekonała się, że to nie boli i w żaden sposób nie jest nieprzyjemne (testowane na własnym nosie!), a trwa o wiele krócej chętnie podchodzi do tego zabiegu. Niestety jak przystało na katar przedszkolaka - trzyma się rękami i nogami i nie chce nam odpuścić.

A na kaszel...
... inhalacje i oklepywanie plecków, które wspomagają pozbywanie się wydzieliny z oskrzeli. Inhalujemy zwykłą solą fizjologiczną, ale niezwykłym inhalatorem - pingwinem. Kiedyś pożyczałam inhalator od mamy (Medel Family, starszy model), do czasu kiedy udało nam się wygrać naszego Mr Pingui. Dzięki niemu inhalowanie stało się łatwiejsze. Faktem jest, że dzieciom ciężko przekonać się do inhalacji, głownie ze względu na dźwięk, jaki wydają z siebie inhalatory. U nas też nie obyło się bez płaczów i protestów. Dlatego cieszę się, że w nasze ręce trafił Mr Pingui, który chociaż swoim wyglądem (i świecącym na niebiesko brzuszkiem) przekonuje małą. W tej chwili sama przychodzi prosić o pingwina, sama go włącza i głaszcze po główce. Chyba się zakumplowali. Inhalator mamy już od około dwóch lat, sprawdza się zarówno u mnie, jak i u małej i mogę go szczerze polecić. Jeśli interesuje Was jego specyfikacja zajrzyjcie tutaj. Znajdziecie też inhalatory w kształcie zajączka i hipopotama.

A jak Wy radzicie sobie z przeziębieniami/chorobami u Waszych dzieciaczków?












ETYKIETY: , , , , , , , , ,

Zobacz też:

0 komentarze

Zajrzyj do Life and Chill