Wrzesień - dlaczego zniknęliśmy?


Miniony miesiąc zaczął się dla nas bardzo fajnie. Wszystko przez pójście Lidii do przedszkola, na co czekaliśmy z podnieceniem całą rodziną. Wielką frajdę sprawiało mi obserwowanie jej w tym czasie, chyba nigdy jeszcze na nic tak bardzo nie czekała jak na ten dzień. Jak nam poszło i dalej idzie opowiem Wam w innym poście, teraz zdradzę tyle, że nie jest tak źle jak się spodziewałam, jest właściwie całkiem dobrze. Wielką dumą napawa mnie też to jak moje maleństwo sobie dobrze radzi, jakie robi postępy i jakie zmiany w niej zachodzą. A to dopiero pierwszy miesiąc przedszkola! I to z ponad tygodniową przerwą na chorobę.

I wtedy bum!

Kiedy ja się tak cieszę i przeżywam wszystko razem z małą, kiedy dobrze się dzieje i dzielę się tym z innymi dostaję nagle w twarz. Od kogoś, kto nas tak naprawdę nie zna i nigdy nie znał, nie zna naszej sytuacji, bo po prostu w niej nie jest i nigdy nie był. Komu nie podobają się moje decyzje, bo on podjąłby inne, a poza tym nie zna powodów ich podjęcia. Takie nie znam się, ale się wypowiem. Kurcze, powiem Wam tak, ja nie czuję potrzeby tłumaczenia się z każdego aspektu mojego życia i każdej [podjętej po wielu rozważaniach] decyzji. Robię to, co uważam za słuszne i dobre dla swojego dziecka, siebie, swojej rodziny. Ale czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, że słowa mogą ranić, prawda?

Zniechęciłam się do blogowania.

Bo może za bardzo się otwieram? Choć w rzeczywistości jestem bardzo zamkniętą osobą i dostęp do naszego życia macie naprawdę niewielki, to pojawiła mi się taka czerwona lampka. A ona pociągnęła za sobą coraz większą niemoc i niechęć do blogowania. Codziennie siadałam do komputera, żeby coś napisać, przecież miałam tyle zapału i pomysłów na posty. A tu ściana. Nie chcę, nie mogę, nie potrafię. Odpuszczam. I tak zrobiłam, we wrześniu pojawiły się tylko 4 wpisy.





Zaczęłam dochodzić do siebie, ale...

... postanowiłam zrobić sobie przerwę. Przełknęłam cały żal, zrobiłam co miałam zrobić, ale zdecydowałam, że przyda mi się trochę oddechu. Skupiłam się na rzeczach ważniejszych. Na córce, na jej nowej przygodzie, przeżywaniu tego z nią. Na rozmowach i zabawach. Na małżeństwie, naprawianiu problemów, które zamiatane pod dywan tylko się namnażały, a przecież w końcu trzeba było zacząć o nich rozmawiać. I na sobie. Taki chwilowy odpoczynek dał mi dużo. Rzeczywiście odetchnęłam, uświadomiłam sobie, że tylko ja mogę pozwolić namieszać komuś, lub czemuś w swoim życiu i tylko ja mogę to powstrzymać. Więc od jakiegoś czasu po prostu już nie pozwalam. Przykre sytuacje uznaję za zakończone i zostawiłam w tyle.

A może to jesień?

Chyba regułą stało się to, że kiedy nadchodzi jesień wpadam w niemoc. Jest mnie mniej, gorzej się czuję, nie chce mi się nosa wystawiać spod kołdry. W ciągu całej mojej blogowej przygody można było to bardzo łatwo zauważyć. Tym razem jednak nie zrzucę tego na jesień. Mam innych winowajców, a jesień w tym roku wcale mnie nie zasmuca. Wręcz przeciwnie, cieszę się ze spadających liści i obietnicy nadchodzącej zimy. Czasem martwi deszcz za oknem i to, że już nie usiądę popołudniem z lampką wina na kocyku, ale tym razem mnie to nie dołuje jakoś mocno. A może to właśnie dzięki temu, że na chwilę odpuściłam? Przypomniałam sobie, czym od samego początku miało być moje blogowanie i jaką sprawia mi przyjemność. Że tak na prawdę uwielbiam Was - moich czytelników, ale od teraz nie będę wpuszczać do tego grona każdego.

38,5 stopni.

Mniej więcej tak można określić naszą końcówkę września. Lidia przyniosła do domu pierwszy przedszkolny katar, kaszel i gorączkę. Najpierw właściwie zachorowałam ja i przez kilka dni chodziłam jak zombie, a zaraz potem przerzuciło się na Lidię. Koniec końców zakończyło się to infekcją w gardle i aresztem domowym, co mała przeżywa chyba najbardziej z całej choroby. Na szczęście doszła już do siebie i jutro wracamy do przedszkola, za którym bardzo tęskni. Trzymajcie kciuki, żeby zarazki trzymały się od nas z dala.

Happy End.

Nie narzekam Wam Kochani. Musiałam się troszkę wygadać i usprawiedliwić, a skoro mamy za sobą koniec miesiąca postanowiłam wrzucić to w jego podsumowanie. Wrzesień nie był straconym miesiącem. Spotkało nas dużo mniejszych, czy większych przyjemności, dużo wspólnego czasu, spacerów, śmiechu i przytulańców. Jesteśmy mocniejsi, a ja, po kolejnym ciosie przyjętym na klatę- silniejsza i mądrzejsza o następną życiową lekcję.






Powyższe zdjęcia pochodzą z naszego instagrama - @dziewczynkazguzikiem_blog. Zapraszamy Was do obserwowania!

ETYKIETY: , , , ,

Zobacz też:

0 komentarze

Zajrzyj do Life and Chill