Co u nas w październiku?


Kolejny miesiąc mamy za sobą. Powiem Wam szczerze, że coraz szybciej leci ten czas, trochę za szybko. Chociaż z drugiej strony zbliżamy się coraz bardziej do mojego ulubionego czasu w całym roku - Świąt Bożego Narodzenia. Planujemy je spędzić w Polsce, więc tym bardziej nie mogę się doczekać. Ale do rzeczy. Co się działo u nas w październiku?

Tak jak zakończyliśmy wrzesień tak rozpoczęliśmy i kontynuowaliśmy praktycznie cały październik, czyli gile, kaszle, leki i inhalacje. Niestety kaszel, który złapał Lidię trzymał się przez prawie cały miesiąc odporny na wszelkie domowe i farmaceutyczne próby pozbycia się go. W związku z tym po raz pierwszy musieliśmy podać Lidii antybiotyk. Bardzo się opieraliśmy, zarówno my, jak i lekarze, ale po prawie trzech tygodniach nieustającego, męczącego kaszlu i nieprzespanych nocach zdecydowaliśmy, że jednak będzie on potrzebny. Na szczęście w końcu się go pozbyliśmy.
Niestety przez to, że małej wciąż się czepiały jakieś zarazy ominęło ją dużo fajnych rzeczy w przedszkolu. Najpierw jej urodziny, na które miała przynieść dzieciom słodkości i posłuchać jak jej śpiewają sto lat, później Geburtstagsbuffet, czyli impreza dla wszystkich solenizantów w danym miesiącu. Na końcu bal z okazji Halloween, który odbył się w piątek przed Halloween, kiedy Lidia jeszcze była w domu. Zrobiłyśmy więc sobie imprezkę same, a mała na życzenie została przebrana i pomalowana jak czarownica.



Jak już wspomniałam, w październiku obchodziliśmy czwarte urodziny Lidii. Był szampan, był tort z Elsą i prezent, o który długo prosiła - wrotki, czyli w języku Lidii buty na kołach. Mimo choroby udało nam się fajnie spędzić ten dzień, a mała była bardzo zadowolona - i to najważniejsze!

W minionym miesiącu nie zrobiliśmy niestety żadnych postępów w adaptacji przedszkolnej. Zwalam wszystko na choroby, ponieważ przez nie Lidia spędza więcej czasu w domu niż w przedszkolu, co nie ułatwia nam sprawy. Któregoś dnia, podczas największego do tej pory kryzysu musiałam zabrać małą do domu. Nie będę Wam go tu opisywać, ale jeszcze nigdy nie było tak źle, jak wtedy, ja też byłam już strasznie tym zmęczona i po prostu odpuściłam. Potem miałam okropne wyrzuty do samej siebie, bo nie powinnam tak odpuszczać, a następnego dnia mała znów musiała zostać w domu przez kolejne choróbsko.




Wiecie jak to jest z dzieckiem w domu. Wychodzi się z siebie, żeby je zająć i dać ujście całej tej energii, którą normalnie zostawia w przedszkolu. Dużo czasu spędzałyśmy na świeżym powietrzu w poszukiwaniu jesieni i na zabawie w liściach, które w końcu zasłały ziemię pięknym kolorowym dywanem. W ten sposób próbowałyśmy też pozbyć się zarazków, które mnożą się cieplutkich mieszkaniach. A że mała w dzień czuła się dość dobrze i nie gorączkowała mogłyśmy korzystać.
W domu natomiast próbowałyśmy wszystkiego - malowanie, układanie klocków, dużo puzzli, lepienie domowej roboty ciastoliną, tańce, chowanie, śpiewanie i tak dalej i dalej. No wszystko!

Ostatniego dnia października udało nam się małą zaprowadzić do przedszkola. Nie chcę zapeszać, ale mamy w końcu pierwszy cały tydzień bez choroby w przedszkolu i bez problemów udaje nam się wejść do niego i wyjść.
Trzymajcie kciuki za lepszy listopad!

A jak Wam minął poprzedni miesiąc?


ETYKIETY: , , , , ,

Zobacz też:

0 komentarze

Zajrzyj do Life and Chill