Jedno zdanie mojego dziecka, które uświadomiło mi mój błąd


Macierzyństwo biorę na intuicję. Tak jak języki obce. Zaglądam do reguł, lubię poznać teorię i te naprawdę dobre rady, ale to, czy się do nich stosuję i czy są moim głównym przewodnikiem, to zupełnie inna sprawa. Nie twierdzę, że moja intuicja jest nieomylna i że z góry patrzę na wszystkie reguły, zawsze wiedząc lepiej. Popełniam błędy, w końcu jestem tylko człowiekiem, nawet dużo błędów. Nie udaję ideału, bo daleko mi do niego i sama daję sobie przyzwolenie na błąd. Oczywiście na taki błąd, z którego wyciągam wnioski na przyszłość, starając się go już więcej nie popełniać. Dużo czasu zajęło mi dojście do takiego stanu i wciąż nie zawsze udaje mi się przyjmować swoje błędy ze spokojem. Na samym początku swojej macierzyńskiej drogi czułam się okropnie, gdy tylko coś zrobiłam źle, gdy coś mi nie wyszło. Czułam, że się nie sprawdziłam, zawiodłam, że jestem złą matką. I zamiast podnieść głowę do góry i poprawić to, co było nie tak, tonęłam w tych smutnych myślach. Nie oznacza to też, że nie przejmuję się już tymi błędami. Wręcz przeciwnie, każdy jest dla mnie jakimś wyznacznikiem. Nie jest już jednak zawsze powodem do czarnych myśli, ale motywacją do działania i poprawiania samej siebie. 

Jestem osobą, która reaguje bardzo mocno i dość emocjonalnie na wszystko, co się wokół mnie dzieje. Kiedy jest dobrze, potrafię tańczyć, śpiewać i śmiać się donośnie, a kiedy coś idzie nie po mojej myśli, popłaczę się, albo rzucę talerzem. Macierzyństwo wystawiło i wciąż wystawia moje 'Ja' na mocną próbę. Mam też świadomość tego, że z czasem będzie mnie wystawiać na kolejne, równie mocne, lub nawet mocniejsze. Jak na nie zareaguję i jak się z nimi zmierzę - to kwestia, którą stale staram się w sobie udoskonalić. Jakiś czas temu wydarzyło się coś, co kazało mi się głęboko zastanowić nad sobą i swoimi reakcjami na próby, na które wystawia mnie moje dziecko. Nie pamiętam już nawet, o co poszło (pewnie o jakąś pierdołę!), wiem tylko, że bardzo się zdenerwowałam. A wtedy moje dziecko powiedziało jedno zdanie, które wbiło mnie w podłogę: "Mamusia nie kocha Lidzi."

Wiecie, długo czekałam na wyznanie miłosne mojego dziecka. Codziennie powtarzając jej, jak bardzo ją kocham, miałam nadzieję, że to właśnie dzisiaj mi odpowie, że w końcu usłyszę te magiczne słowa. W końcu się udało, w końcu mała nauczyła się tych słów, a ja z radości myślałam, że wybuchnę. I po jakimś czasie słyszę coś takiego. Moja złość, zdenerwowanie odeszło, jak ręką odjął. Patrzyłam w te smutne oczy, a moje myśli biegały w głowie jak oszalałe. Jak do tego dopuściłam? Dlaczego? Czy było warto? Czy naprawdę stała się taka straszna rzecz, żeby się tak denerwować? Te słowa zmusiły mnie do zastanowienia się nad sobą. Musiałam przemyśleć swoje zachowanie, przetworzyć je. I doszłam do jedynego sensownego wniosku - nie warto. Po co te całe nerwy? O nadepnięcie na kolejny klocek? O jogurt rozsmarowany na ścianie? O chrupki wdeptane w dywan? O wylany na świeże pranie sok? O to, że znów się spóźnimy, bo ona nie chce się ubrać? Czy te rzeczy mają naprawdę tak wielkie znaczenie, żeby się denerwować, krzywdzić, psuć naszą relację? Odpowiedź jest przecież tak oczywista!



Dzieci testują naszą cierpliwość kilkadziesiąt razy każdego dnia, tak że w pewnym momencie puszczają nam nerwy. I naprawdę nic w tym dziwnego, bo są takie dni, że i Święty by zwariował. Trzeba dać gdzieś upust tym emocjom, bo tłumienie ich w sobie nie jest dobrym rozwiązaniem, ale nie jest nim też upuszczanie ich w obecności dziecka. Bo co nam to da? Chwilową ulgę po wyrzuceniu z siebie swojej złości, a potem wyrzuty sumienia i świadomość skrzywdzenia własnego dziecka.

Jeśli potrzebujesz - po prostu wyjdź. U mnie to działa. Kiedy widzę kolejny armagedon stworzony przez moje dziecko po raz piętnasty tego samego dnia i moja cierpliwość chce wybuchnąć, odwracam się bez słowa na pięcie i wychodzę - do innego pokoju, kuchni, łazienki. Tam się uspokajam i nie wracam, dopóki wystarczająco nie ujarzmię swoich emocji. Dopiero kiedy to zrobię, mogę wrócić i z względnym spokojem zareagować na to, co tym razem wymyśliło moje dziecko.

To jedno zdanie, wypowiedziane pierwszy raz przez moją córkę było pewnego rodzaju przebudzeniem. Z jednej strony wstyd mi jest, że do tego doszło, bo jawnie widać tu mój błąd, ale z drugiej strony przyniosło ze sobą coś pozytywnego - pomogło mi ten błąd dostrzec i go naprawić. 

Żeby jednak nie było za słodko na sam koniec, okazało się, że moje dziecko dobrze sobie tą sytuację zapamiętało i aktualnie za każdym razem, kiedy dostanie karę albo na coś się nie zgodzę, wypowiada to magiczne zdanie, licząc na to, że się rozmyślę. Ale nie ze mną te numery i za kilka minut wraca przeprosić i sprostować, że mama to jednak Lidzię kocha ;)

ETYKIETY: , , , ,

Zobacz też:

0 komentarze

Zajrzyj do Life and Chill